Mój kontakt z samochodami rozpoczął się od słynnego
garbuska i nie była
to zbyt pomyślna przygoda, a z pewnością nie było to z serii
zabytkowe
auta do ślubu. Garbusek był pełen połatanych kilogramami
szpachli dziur,
ledwie żyjącymi hamulcami oraz dziurą w podłodze. Był
to pierwszy
samochód po uzyskaniu upragnionego prawa jazdy. Mimo
wszystko
kochałam ten zimny kawał stali, bez żadnego
logicznego wytłumaczenia,
ciesząc się że po prostu jest. Pozwolił mi nawet na
poznanie pewnej
znanej osobistości. Na widok męczącej się dziewczynki
zapalaniem na
popych zlitował się i pchał mi autko. Po kilku latach kiedy
garbus wyzionął
ducha, a brak funduszy uniemożliwiał tchnienie w niego
nowego życia,
postanowiłam go odsprzedać osobie zajmującej się
garbusami.
A może po prostu..........>>>
czytaj dalej >>>